Przebieg wyprawy
Wyświetl większą mapę
***
WOLNE MIEJSCA W ETAPIE nr 18!!!
Zapraszamy do wzięcia udziału w rejsie z Karaibów do Kanady i/lub z Kanady na Islandię.
O szczególy pytaj Marka Grzywę 602-101-677 lub Piotra Mikołajewskiego 602-745-805
Etap XVII
19 maja - jeszcze ok. 60Nm do St. Martin.
18 maja - Co prawda pod passat, ale w doskonałych nastrojach załoga Polonusa zbliża się do stolicy St. Martin, przeuroczego miasta Marigot.
15 maja - Nie zawsze jest Świętego Jana i nie zawsze jest baksztag :-) Ale nastroje są na burcie całkiem niezłe :-)
14 maja - po wyleczeniu bólu głowy, napiciu się wody, odespaniu karaibskich uciech i po dobrym obiadku załoga Polonusa ze smutkiem pożegnała Arubę. Idą na północ. Na jachcie wszystko OK.
12 maja - uciechy na Arubie :-)
10 maja - Wiejący z prędkością 25 kn, prosto w dziób passatowy wiatr nieco opóźnia dotarcie Polonusa na Arubę. Jurek poszedł bardziej w morze, ale passat odkręcił i taktyczny manewr się średnio Jurkowi udał :-)
ETA Sint Nicolaas 2330 LT - zobaczymy czy znów wiatr nie zrobi psikusa :-)))
9 maja - Płyną, do Aruby zostało Jurkowi już niewiele ponad 100 Nm. Spokojan i przyjemna karaibska żegluga :-)
7 maja - Jimmy Cornell na noonsite.com pisze, że dwa tygodnie trzeba czekać na zwrot kaucji "kanałowej". Widać, że Cornell nie zna przedsiębiorczości Polaków :-)
To co Anglikowi czy innemu Francuzowi zajmuje dwa tygodnie, załodze Polonusa zajęło dwa dni :-) Odzyskali pieniądze i podpierając się motorkiem idą bardzo ostrym bajdewindem na Arubę.
4 maja - Gratulacje dla załogi 17-go etapu. Po tygodniu czekania udało im się przejśc przez Kanał Panamski. Operacja trwała od 0800 do 2350. BRAWO!!!
Teraz stoją po atlantyckiej stronie i czekają na zwrot kaucji. Jeśli uda im się odzyskać 1000$ w ciągu tygodnia, to do Jurka będę zwracał się per MISZCZU :-)
Dzwonił Anczur - na burcie jest miło, zdrowo i przyjemnie. "Zwiedzają" miasto - panienki ponoć piszczą z radoście widząc biało-czerwoną :-)
3 maja - Jurek melduje, że dziś najprawdopodobniej będą mogli wejść w kanał. Na burcie nastroje świetne pomimo konieczności modyfikacji wcześniejszego planu rejsu. Ze względu na kolumbijską biurokrację postanowili zrezygnować z Kartageny i planują po wyjściu z Gatun pójść w kierunku Aruby.
1 maja - SMS od Jurka: Czekamy na inspekcję. Najprawdopodobniej w piątek wejdziemy w kanał. Teraz jedziemy zwiedzać miasto.
23 kwietnia - Jurek Henke wraz z załogą w śliczych, błękitnych rejsowych koszulkach przejęli jacht.
Etap XVI
Opis etapu XVI wrzuciłem na Forum Zeglarskie do wątku pt. "W pacyfiku portach gwarnych"
23 kwietnia - SMS od Marka Grzywy: "Załoga 17 etapu dotarła na jacht, kapitan Jurek Henke pojechał z agentem załatwić biurokrację (ok. 3-4 godz. mu się zejdzie) a my opuszczamy najniebezpieczniejsze miasto świata Buenaventure i jedziemy zwiedzać Kolumbię."
Tak sobie myślę że kontrole osobiste na lotniskach nie będą najprzyjemniejszą częścią tego rejsu dla załogi Polonusa :)
--Olek Kwaśniewski
20 kwietnia - SMS od Marka Grzywy: "Stoimy na kotwicy w Tumaco. Wieczorem idziemy w kierunku Buenaventury, odwiedzimy po drodze Isla Gorgona. Kolumbia jest super, chroni nas wojsk. Nasza pozycja 1.820217 -78.728050 Poza tym to jesteśmy w kraju najbardziej sympatycznych ludzi na świecie. PS. Odprawiała nas celniczka, Miss World 2010."
--Olek Kwaśniewski
19 kwietnia - SMS od Marka Grzywy: "Nadmiar czasu i wielka chęć odwiedzenia "Galapagos dla ubogich", krainy węży , żmij i jadowitych pająków - wyspy Gordona spowodowało, że musimy odwiedzić enty port - Tumaco. Właśnie zbliżamy się do boi podejściowej przy której należy oczekiwać na kontrolę i odprawę. Wszystko OK."
--Olek Kwaśniewski
17 kwietnia - Odezwał się Polonus, są tuż pod równikiem. Za 45 mil odbędzie się uroczysty chrzest równikowy, dyplomy, uściski, jednym słowem "klapa, rąsia, buźka, goździk ... klapa, rąsia, buźka, goździk ..." :) Gratulacje dla Polonusów.
--Olek Kwaśniewski
15 kwietnia - dobiega konca nasza "ladowa" czesc wyprawy. Dzis w planach piesze przekraczanie rownika, zwiedzanie Mitad del Mundo i wieczorem (czasu lokalnego) wsiadamy w autobus do Pto. Lucia - wracamy na jacht.
Agent juz jest powiadomiony, zalatwia biurokracje i w poniedzialek wieczorem planujemy wyjsc w morze.
14 kwietnia - SMS od Marka: "Dżungla zdobyta, anakondy, tarantule i kapibary jadły nam z ręki. Opuściliśmy amazońską Tenę i jedziemy do andyjskiego Otavalo na największy w Ameryce targ. W planach jeszcze Quito i wracamy z nowym zapasem energii na jacht", a kilka godzin temu Adam Anczura bosman Polonusa na FB pisał "Jak tu schlodzic piwo, kiedy woda za burta ma 30st. C?"
--Olek Kwaśniewski
7 kwietnia - Dzwonił Marek. Płyną w stronę Ekwadoru, wszyscy są cali, zdrowi i dopisują im humory. Podobno towarzyszą im latające ryby, które formują już klucze i odlatują do ciepłych krajów ;) Całą poprzednią dobę płynęli na żaglach, co jest sporym sukcesem bo wiatru jak na lekarstwo. Mieli mały problem z zasilaniem laptopa, ale MacGyver Grzywa przy pomocy zapałek i konserwy turystycznej zrobił nowy zasilacz :)

Załoga Polonusa
życzy wszystkim radosnych Świąt Wielkanocnych
i mokrego dyngusa.
--Olek Kwaśniewski
3 kwietnia (LT) - to co napisalem w SMSie, nie bylo calkowita prawda. Te 14,5 godz. to byli... do przerwy. Wstalismy rano i znow 100 podpisow, tysiace kserowek, wizyta w banku i agent dla ktorego 1030 oznacza cos pomiedzy 1200 a 1300.
Mam nadzieje, ze w ciagu godziny uda sie zakonczyc biurokratyczna gehenne i opuscic to biurokratyczne cesarstwo Inkow.
Nastepnego newsa spodziewajcie sie za kilka dni dopiero, bo wiatru na oceanie jak na lekarstwo a do Guayaquil ca. 700 Nm.
3 kwietnia - SMS od Marka. "Jesli ktos uwaza, ze za komuny odprawy w PRL byly dlugie i upierdliwe, to w Peru wlasnie skonczylismy odprawe na "krajowke". 14,5 godz. biurokratycznych korowodow, 450 USD i... juz mozemy wyjsc na miasto. KOSZMAR! Jutro spadamy z tego glupiego kraju do Ekwadoru"
--Olek Kwaśniewski
1 kwietnia - Telefon do Marka Grzywy. Polonus wczoraj (31 marca) wyszedł z San Juan i płynie w kierunku Limy. Aktualna pozycja widoczna jest na mapie. Słabo coś było słychać, odebrałem tylko pozycję i informację że wszytko jest OK, może następnym razem będzie okazja doeiwdzieć się trochę więcej. Wg. prognoz wieje im 2-4B z dobrego kierunku, do aktualnej pozycji z San Juan mieli 170Nm.
--Olek Kwaśniewski
Etap XV
27 marca - Polonus wszedl do Matarani. Odbywa sie kolejna walka z biurokracja. Radek w SMSie pisze: Chilijska biurokracja to malu pikus w porownaniu z Peruwianska :-(
Przepraszam, ze bez polskich literek, ale zaloga XVI etapu stoi w blokach startowych w hotelu w Madrycie i z komputera z dziwaczna, hiszpanska klawiatura uzupelniam strone. Marek.
25 marca - Wydaje się niewiarygodne, ale... załoga Polonusa okazała się bardziej twarda niż chilijska biurokracja! :-) Udało im odprawić się w niedzielę.
24 marca - Choć flauta wokoło, Polonus doszedł do ostatniego portu w Chile. Niestety weekend - południowoamerykańska biurokracja w soboty i niedziele zajmuje się tym co lubi najbardziej, czyli nicnierobieniem, a w związku z tym jacht sobie stoi a czas płynie.
23 marca - Choć powszechnie wiadomo, że huragan wiejący z szybkościa 0,7 do 1,2 kn nie nastraja do żartów, to jednak nastroje na Polonusie nie są złe :-) Na dieselgrocie ciągną ku Arice.
22 marca - Polska biurokracja to mały Pikuś w porównaniu z Chilijską. Po kilku godzinach tasowania przeróżnych kwitów w południe Polonus wyszedł w kierunku Arica.
18 marca - w niedzielne południe Polonus wszedł do Antofagasty. Zmęczona dziesięciodniowym przeskokiem załoga postanowiła troszkę odespać i troszkę pozwiedzać :-)Gdzies na pustynię się wybierają - widocznie znudził im się monotonny oceaniczny krajobraz i potrzebują monotonnego lądowego :-)
16 marca - Flauta, jadą na silniku. Poza tym wszystko po staremu, a ETA do Antofagasty liczony jest na niedzielny poranek.
15 marca - Radek zdązył jedynie przekazać pozycję, powiedzieć, że są umęczeni i... przerwało połączenie. Tak czy siak mają ładne przebiegi dobowe po 110 mil i jeszcze trzy doby (340 Nm) do Antofagasty.
12 marca - wrócił przyjemny baksztagowy wiaterek. Niesiony nim Polonus podąża w kierunku Antofagasty. Płyną tam, żeby załatwić formalności związane z ZARPA.
Prognoza mówi, że do 15.03 nic z wiatrem się nie powinno zmienić, ale... tak czy siak trzymajmy kciuki za ponad stumilowe przebiegi dobowe :-)
Na burcie standardowo - brak problemów. Wszyscy zdrowi, najedzeni, lekko niedospani i... szczęśliwi :-)))
11 marca - Radek donosi telefonicznie, że pierwsza doba była "średnia", ale teraz jest już znacznie lepiej - dotarli się na swoich stanowiskach.
Niestety dotychczasowy baksztag zamienił się w bajdewind, halsują, ale pną się coraz wyżej.
8 marca - Niezbyt liczna, ale dzielna i pełna pozytywnych myśli, załoga Radka Saniewskiego dotarła na jacht. Etap piętnasty uważamy za rozpoczęty :-)
Planują około 1800 LT wyjść w morze i niczym ekspres Malinowskiego z prędkością 150 Nm na dobę, podążać w kierunku Limy :-)
Etap XIV
6 marca - Polonus stoi w Valdivia.
1 marca - Leżący u wejścia do kanału prowadzącego do Pto Montt, przylądek Chocoy jest odpowieednikiem naszego europeiskiego Cabo de São Vicente, czyli Przylądka Ciepłych Gaci. Jest to umowna granica pomiędzy zimnymi wodami południa a ciepłą północą.
W XVIII i XIX wieku, widok Cabo Chocoy wzbudzał w umęczonych żeglują dookoła Przylądka Horn żeglarzach wielką radość i nadzieję na szybki koniec rejsu. Na Polonusie widok tego miejsca oprócz radości z wszechogarniającego ciepełka oznacza także nadchodzący koniec etapu czternastego a co za tym idzie smutek, szloch, płacz i rwanie włosów :-)
Na burcie wszyscy zdrowi, lekko roztyci i okropnie umęczeni ciągłą halsówką :-) Od teraz będą baksztagi - OBIECAŁEM IM!!! :-)
27 lutego - Polonus wychodzi na szerokie wody oceanu Spokojnego. Radek planuje szybki przeskok do Valdivia.
24 lutego - Radek postanowił odwiedzieć wszystkie parki narodowe w Chile :-)
Polonus, przy pieknej pogodzie (20oC) zacumował w kanale Messier, na SW od wyspy Mały Wellingtonu, u podnóża Andów, na granicy dwóch wspaniałych parków narodowych - Katalalixar i O'Higgins.
Nastroje załoga ma doskonałe. Opalają się podziwiając ośnieżone szczyty :-)
21 lutego - Skończyły się silne, przeciwne wiatry. Baksztagowa "piąteczka" to jest to, co tygryski lubią najbardziej.
11 lutego - W warunkach silnego zachodniego i północno-zachodniego wiatru, Polonus zwiedza fiordy Ziemii Ognistej. Ilość mil do Valparaiso nie zmniejsza się zbyt szybko, ale za to ilość wrażeń i zdjęć w aparatach fotograficznych załogi tak :-)
Na burcie wszystko OK.
6 lutego - Po odprawie i wyjściu z Puerto Williams Polonus poszedł na zachód kanałem Beagle. Radek mówi, że troszkę słabo, że pod wiatr, ale Polonus nie z takimi "dziewiątkami" w bajdewindzie sobie dawał radę - teraz też da :-) Tym bardziej, że z 9B ma siadać do 6-5, więc nie jest źle :-)
Etapu XIII z powodu, że trzynastka jest pechowa nie planowaliśmy! :-)
Etap XII
28 stycznia - Po przepłynięciu 1600 mil, w tym 300 w lodach, załoga i jacht szczęśliwie dotarli do mety etapu.
Przy powrocie z Antarktyki nie było lekko, Wyjące Pięćdziesiątki pokazały na co je stać, ale z dugiej strony... niesiony wiatrem o prędkoći większej niż 50 kn Polonus potrzebował tylko pięć dni na przeskoczenie Drake'a :-)
25 stycznia - o godzinie 2145, Polonus po raz trzecie przeciął równoleżnik Przylądka Nieprzejednanego.
Szczęsliwa, choć zmęczona silnym wiatrem w Pasażu Drake'a, załoga donosi telefonicznie, że wszystko OK, wszyscy zdrowi, jacht trzyma się doskonale a następny kontakt to bedzie dopiero z Ushuaia.
Jak znam Piotra, to nie wytrzyma i zadzwoni w trakcie imprezki "za pomyślne ocalenie" z Pto. Williams :-)
20 stycznia - "Antarktyda jest prze-pię-kna!!!" W ten sposób zaczął Piotr rozmowę :-) Później posypały się "ohy" i "ehy" pod adresem okoliczności przyrody :-) Tak czy siak kolejny kontynent został zdobyty. Polonus dotarł do kontynentalnej części tego najzimniejszego zakątka naszej planety. Rzucili kotwicę u brzegów Graham Land będącej częścią Antarctic Peninsula.
Obecnie wracają do Ushuaia. Jest cieplutko (2 st. C), wieje przyjemny SE zefirek (5B) i prawie (2-3 m.) nie ma fal, więc nastroje na burcie są doskonałe. Będa się starali kierować bardziej na zachód, tak aby przekroczyć południk 067°15'30" W, znaleźć się na oceanie Spokojnym a następnie "wziąć Horn lewą burtą".
Kolejny kontakt zapowiadają po przejściu Drake Passage, czyli za kilka dni.
18 stycznia - Polonus spędził noc w zaciszu wyspy Deception. Rano - pomimo dość silnego wiatru, który w porywach dochodzi do 10B - wyspana załoga przystąpiła do "ataku na kontynent". Piotr telefonicznie donosi: "Trochę chłodno, wieje tak, że włosy z nosa wyrywa, ale i tak jest SUPER " :-)
16 stycznia - jacht stoi na kotwicy przy stacji "Arctowskiego". Jeszcze nigdy Polonus nie był tak daleko od "domu". Do portu macierzystego, Szczecina, z Zatoki Admiralicji jest 14501 km. Na jachcie wszyscy zdrowi, szczęśliwi i... umyci w ciepłej wodzie!

15 stycznia - przyszedł od Radka mail: "Kolo poludnia zucilismy kotwice w zatoce Admiralicji przy Polskiej Stacji Antarktycnej im. Arctowskiego. Zaloga stacji przywitala nas serdecznie i pozwolila kozystac z infrastruktury. Zorganizowano dla nas antarktyczna piesza wycieczke po okolicy."
14 stycznia - jeszcze około 60 Nm do Stacji Polarnej PAN "Arctowski". Załoga ma już w zasięgu wzroku, północny brzeg Wyspy Króla Jerzego. Widok lądu, nawet tak bezludnego, poprawił humory! Na burcie, po przejściu prawie 700 mil przez wzburzone wody Drake Passage nastroje doskonałe. Chłopaki już umawiają się na imprezkę :-))))) W cieśninie Brensfielda spotkali pierwszą górę lodową.
Ciekawe jak smakuje Jasio Wędrowniczek serwowany z antarktycznym lodem?
:-)
11 stycznia - rozpoczęła się oceaniczna nuda :-) Indagowany satelitarnie Piotr nawet nie wiedział co powiedzieć: "Nuda panie. Fale, wiatr, wieloryby! Dobrze chociaż, że ciekawą książkę wziąłem." :-)
10 stycznia - zachodnie wiatry i stosunkowo duże (6-8 metrów) fale spowodowały, że trasa Polonusa (hmmm, każdy przeciez wie, że dzentelmeni pływają tylko baksztagami :-)) biegnie po odchylonym ku wschodowi łuku. Wczesnym wieczorem jacht przekroczył równoleżnik Hornu i po wodach Cieśniny Drake'a zmierza ku lodom Antarktyki.
8 stycznia - przyszedł mail od Radka Przebitkowskiego.
"Wczoraj wyplynelismy z Ushuaia i stoimy w Pto Williams.
Jestesmy juz odprawieni na zwykla krajowke, czyli na Antarctica Chilena, ktora oczywiscie, kazdy wie, jest integralna czescia Chile, wiec mozemy plynac dalej, bez odprawy celnej:-)
Jutro do Pto Toro a jak pogoda sie potwierdzi to wyjdziemy na Draka. W/g prognoz nie powinno byc ekscesow. Po wyjsciu za Horn planujemy plynac na Wyspe Ksiecia Jerzego, do stacji Arctowski. Na razie wiatry w Beaglu sa raczej slabe. Pogoda duzo lepsza niz ostatnie lato w Polsce. Ale jak to w Beaglu wszystko moze sie zmienic w ciagu minuty.
Dzisiaj Selma wyszla na podobna trase do naszej. My idziemy w slad za nimi. Jestesmy w stałym kontakcie."
5 stycznia - trwają prace modernizacyjne i drobne naprawy. Najlżejszy członek załogi wiechał na maszt i... nowy ale niesforny kabel doprowadzający sygnał z sensora do wyświetlacza udało się wreszcie przeprowadzić prawidłowo - wiatromierz działa jak nowy. Wieczorem odbyła się impreza z prawdziwie argentyńskim rozmachem :-)
4 stycznia - Załoga dwunastego etapu zameldowała się na burcie w Ushuaia.
Etap XI
Jacht pod nadzorem bosmana jest przygotowywany do rejsu ku lodom Antarktyki.
Etap X
7 grudnia - Międzynarodowa załoga kpt. Henryka Wolskiego w doskonałych humorach zameldowała się na jachcie. Wieczorem planują wyjść z Ushuaia.
9 grudnia - Mieliśmy z Henrykiem kontakt telefoniczny. Stoją w chilijskim Puerto Wiliams, odprawili się i mają zamiar iść... na południe. Nie bardzo wiem co to miałoby znaczyć, ale tak powiedział kapitan :-)
21 grudnia - Polonus, po dwutygodniowym rejse po fiordach i kanałach Ziemii Ognistej, oraz po kolejnym okrążeniu przylądka Horn zacumował w Ushuaia. Kapitan Wolski pływał po tych wodach wiele razy, ale po raz pierwszy trafił na taką pogodę - przez dwa tygodnie chodzili w koszulkach z krótkim rękawem :-)
Etap IX
Czas etapu IX został przeznaczony na dokonanie drobnych napraw i kosmetykę jachtu.
Etap VIII - dedykowany śp. Leszkowi Zarembie
Postanowiliśmy zadedykować VIII etap wyprawy śp. j.st.m Leszkowi Zarembie, którego życzeniem było opłynięcie Przylądka Horn. Gdyby żył na pewno byłby z nami. Leszku, spróbujemy zrobić to za Ciebie i dla Ciebie.
Załoga s/y Polonus
22 listopada - Ushuaia. Odpoczynek po długiej i wyczerpującej podróży!!! :-)
20 listopada - po raz kolejny Ania przysłała maila. Po dodaniu polskich literek wklejam go w całości:
Cześć Marku. Pisze z kafejki internetowej, dlatego proszę Cie o wstawienie znaków polskich.
Stało sie - możemy juz do woli gwizdać na jachcie i sikać pod wiatr. Mamy też niestandardowe fotki w strojach kąpielowych - nie za sterem jak na starych wyjadaczy przystało - tylko (nie mówcie armatorowi :-) na bomach i koszach i w rożnych dziwnych miejscach na jachcie. Horn został zdobyty kilkakrotnie, w tym co najmniej trzy razy pontonem. Warunki pogodowe pozwoliły nam pozwiedzać wyspę, choć musieliśmy sie śpieszyć, bo gonił nas sztorm, który złapał nas na szczęście dopiero kilka mil od wejścia do Kanału Beagle, gdzie był znacznie mniej odczuwalny.
Po drodze, co kilka godzin musieliśmy sie meldować armadzie, która każdorazowo żądała wyjaśnień dlaczego nie jesteśmy w drodze na Antarktydę (gdybyście nie wiedzieli, to bardzo chcieliśmy płynąc na Antarktydę, tylko mięliśmy za mało wody i paliwa oraz kilka drobnych awarii). Bardzo prawdopodobne, ze na każdej wyspie jest osobna jednostka armady, która kontroluje absolutnie wszystkie statki, przechodzące tamtędy. Szkoda, ze armada nie komunikuje sie miedzy sobą.
W Puerto Williams kolejna niespodzianka - znowu tłumaczenie sie dlaczego właściwie nie jesteśmy na Antarktydzie. Jesteśmy odprawieni na wody międzynarodowe, co my w ogóle robimy w Puerto Williams? Trzeba sie odprawić, ale nie było akurat odpowiedniego oficera, wiec dostaliśmy - UWAGA - areszt jachtowy. Zakaz opuszczania jednostki aż do następnego dnia, do momentu otrzymania wizy. Skoro zakaz opuszczania jednostki, to na naszą jednostkę tez nie może nikt wejść. Prawda? Do nas przycumował miedzy innymi jacht szkoleniowy armady. Jak w takim razie zejdą na lad? To w końcu zakaz opuszczania jednostki czy zakaz schodzenia na lad? Armada dala sie przekonać. Bedzie zakaz schodzenia na lad. Dlaczego myślimy w ten sposób?? Jak wiadomo główną atrakcją w tym porcie jest urokliwa knajpa na starym w pół zatopionym statku. Panie oficerze, a statek to lad czy nie lad? Przecież - choć opiera się o dno, to jest na wodzie. To jak będzie? Pomyślał, pomyślał, zadzwonił do przełożonego i spędziliśmy na w knajpce bardzo miły wieczór.

Jutro ruszamy do Ushuaia.
Pozdrawiamy
18 listopada - Polonus zacumował w Puerto Williams.
17 listopada - dziś o 2045 UTC (LT +3), Polonus niesiony podmuchami rzadko spotykanego w tym rejonie północnego wiatru, przekroczył południk 067°15'30" W - umowną granicę pomiędzy oceanem Spokojnym i Atlantykiem mijając trawers przylądka Horn lewą burtą. Gratulujemy kapitanowi i i załodze!
16 listopada - Polonus, pod osłoną wynurzających się z morza andyjskich szczytów oczekuje dogodnego momentu - gdy wiatr troszkę siądzie Sławek ustawi dziób jachtu w kierunku Przylądka Nieprzejednanego.
15 listopada - po cieżkiej walce z Chilijską biurokracją i zastosowaniu fortelu (oświadczyli, że idą na Antarktydę:-), udało się Sławkowi załatwić Zarpę bez określenia drogi do Puerto Williams! :-) Polonus walcząc z huraganowym wiatrem, powoli ale stanowczo, podąża kanałem Cockburn w kierunku Pacyfiku.
13 listopada - biurokracja Chilijska przechodzi sama siebie :-(
Z Punta Arenas nie można poprzez kanały i fiordy Ziemii Ognistej wyjść tak po prostu na Pacyfik i po opłynięciu Przylądka Horn zawinąć do Puerto Williams. Najpierw trzeba popłynąć do Pto. Williams, tam się odmeldować i dopiero wówczas można zrobić "pętelkę".
Sławek wraz z załogą są niepocieszeni. Idą do najpołudniowszej wiochy na świecie.
10 listopada - jacht zacumował w leżącym na południowym krańcu kontynentalnej części Ameryki miescie Punta Arenas. Długie przeloty spowodowały, że załoga oddaje się ze zdwojoną energią urokom życia portowego.
8 listopada - Cieśnina Magellana "zdobyta"! :-)
7 listopada - Polonus wszedł w wyjące pięćdziesiątki, które... podobnie jak ryczące czterdziestki są przyjaźnie usposobione. Jedzą z ręki, do snu koją i baksztagowo popychają w kierunku Przylądka Dziewic, czyli ku wejściu do Cieśniny Magellana.
ps. Nawigator i kronikarz Wielkiego Admirała, Antonio Pigafetta w roku 1521 nazwał przylądek leżący u wejścia do paso, Przylądkiem 11 tysięcy dziewic. Ciekawe, dlaczego wraz z upływem czasu, nazwa tak bardzo się zdewaluowała? :-)
4 listopada - Dostałem od Ani kolejnego maila:
Korzystny wiatr poniósł nas aż do Puerto Desado, a ryczące czterdziestki okazły się dla nas przychylne (za zgodą Neptuna, który do teraz raczy się białym rumem Kapitana de Morgana). Przelot był spokojny, pogoda dopisała. Pełno tu fok i pingwinów, delfiny kursują wraz z pontonem. Dotankujemy paliwo i wodę, a rano wyruszamy w kierunku Punta Arenas.
P.S. Pozdrowienia i uściski dla wszystkich naszych fanów :)
3 listopada - "Ryczące czterdziestki" chyba - jak każdy, kto miał przyjemność żeglować tym jachtem - zakochały się w Polonusie, bo po pierwsze nie ryczą, a po drugie pozwoliły na przyjemną baksztagową żeglugę.
Sławek z załogą w doskonałym nastroju podążają ku odkrytej w 1520 roku przez Magellana rzece o niezmienionej od odkrycia nazwie "Wyczekiwana" (Rio Deseado) i znajdującemu się u jej ujścia portowi - Puerto Deseado.
1 listopada - Polonus na pełnych żaglach zbliża się do centrum seksu i bussinesu południowoatlantyckich wielorybów, do zatoki Valdes i leżącego na jej krańcu miasta Puerto Madryn.
29 października - Od Ani Kulczak przyszedł mail.
"Dzisiaj zaokrętowaliśmy nową załogę w składzie: kapitan Sławek Kulczak, Przemek Giel, Ania Kulczak, Kazimierz Swoboda, Robert Reszkowski, Robert Aleksandrowicz, Robert Bruździński, Miłosz Kłębczyk. Zwiedziliśmy Buenos Aires, zrobiliśmy zaprowiantowanie, a teraz zajmujemy się tropieniem i fotografowaniem lwów morskich, które zachowują się jak psy - potrafią "służyć" - podpływają do jachtu i domagają się czegoś do zjedzenia.
W kwestii załatwiania formalności związanych z odprawami, Argentyna okazała się o wiele bardziej przyjazna niż Brazylia i Urugwaj. Właśnie czekamy na pana z biura mariny, który ma przybić nam pieczątkę niezbędną do opuszczenia Mar del Plata. Pan miał być przed chwilką, ale jego plany się zmieniły i będzie za 5 godzin. Jak tylko przyjdzie, udamy się drugi raz do Prefektury i - miejmy nadzieję jeszcze dziś - skierujemy kurs na Puerto Madryn.
P.S. Przy odprawie w Urugwaju w Prefekturze byliśmy 3 razy, a policja zgubiła nasze dokumenty. "
24 października - jacht oczekuje w marinie, w Mar del Plata na załogę ósmego etapu.
Etap VII
23 października - o godz. 0104 UTC Polonus zawinął do mariny w Mar del Plata. Tym samym skończył się pracowity etap VII. Zmęczona ale szczęśliwa załoga zaczyna rozjeżdzać się do domów.
Niestety odlatuje tez Marek, właściciel SPOT'a - nie będziemy mieli już bieżącej informacji o pozycji jachtu, buuu :-(
20 października - taki mail przyszedł od Ani Kulczak.
Jesteśmy w Piriapolis, za kilka godzin ruszamy w kierunku Mar del Plata. Przyczyna awarii fału sztaksla zdiagnozowana i usunięta. Żagle przeszyte, blok pospawany. Kupiliśmy nowy większy ponton z nowym silnikiem, który na pewno przyda się nam na południu. Wczoraj , po załatwieniu spraw związanych z naprawami jachtu, znaleźliśmy troszkę czasu by wreszcie pozwiedzać okolicę. Udaliśmy się na Cerro del Toro – Wzgórze Byka, którego posąg stoi we wnęce skalnej . Ciekawostką jest wszechobecność drzew eukaliptusowych, które podobno zostały sprowadzone z Australii.
Już w pierwszych minutach pobytu w porcie spotkaliśmy Artura z Gliwic z którym, jak się szybko okazało, łączą nas regaty na Akademickich Mistrzostwach Polski i wspólni znajomi. Artur załapał się do załogi francuskiego jachtu i najprawdopodobniej zobaczymy się z nim w Ushuaia.
Zarówno w Brazylii, jak i w Urugwaju mieliśmy duży problem z porozumiewaniem się z miejscowymi, szczególnie z urzędnikami. Absolutnie nikt, ( nawet na lotnisku i policji ani w kapitanacie portu) nie skalał się nawet minimalną znajomością podstawowych zwrotów w języku angielskim. Na szczęście mamy w załodze Roberta, który pochodzi z Argentyny, mieszka w Australii i od przeszło dwóch tygodni uczy się podstaw polskiego. Robert pomaga nam załatwiać wszelkie formalności i jest osobą spokojną i jak zdawać by się mogło do niedawna- nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi, a jednak - posłuchajcie…
Dnia 16 września około godziny 9.00 czasu lokalnego wpłynęliśmy do portu w Punta del Este, z zamiarem zatankowania paliwa, zrobienia zakupów i nabrania wody ( takie wejście na parę godzin dosłownie) .Zaraz po przybyciu grzecznie udaliśmy się do siedziby miejscowej policji – Prefektury, by dokonać niezbędnych formalności. Tam spędziliśmy około 30 minut, pobrano nasze paszporty i dokumenty jachtu, wnikliwie przestudiowano ( co z tego, że dokumenty są opisane po polsku i po angielsku ), po czym odesłano nas do okienka obok, gdzie kolejnych dwóch panów w uniformach próbowało się zastanowić, co z nami zrobić. Po jakimś czasie odesłano nas do Biura Emigracyjnego, które miało być otwarte w godzinach 9- 13.00. Zamknięte na cztery spusty, nikogo. Co robić? Na drzwiach na karteczce napisano numer telefonu. Udajemy się do pani w biurze obok, Robert grzecznie prosi, czy możemy skorzystać z telefonu. Pani odmawia. Dlaczego? Nie, bo nie. Dobrze, dziękujemy grzecznie , po czym udajemy się do Prefektury, 500 m dalej, gdzie po kilku minutach namysłu pozwalają nam skorzystać z aparatu. Dzwonimy, ale telefon stacjonarny jest za drzwiami biura z karteczką na drzwiach, w którym przecież nikogo nie ma. Po co więc ten numer? Wracamy pod Biuro Emigracyjne i cierpliwie czekamy. Czas umilają nam wielkie słonie morskie, które zachowują się jak psy – miejscowy rybak rzuca im resztki, a te potrafią służyć, pozwalają się dotykać. Po chwili mężczyzna złapał morsa , nakarmił rybą, po czym wyjął szczoteczkę i …. umył mu zęby.
Po około 40 minutach korpulentna starsza pani, której wzrok mówił „idźcie sobie stąd wszyscy” weszła do biura i łaskawie wpuściła nas do środka. Robert przedstawił pani wszystkie konieczne dokumenty, trwało to około 30 minut. Pani zastanawia się, czy literka „Ł” w imieniu kapitana, którą pominięto w Brazylii jest powodem do uważania kapitana za inną osobę. Czy to na pewno ten sam kapitan co w Rio? Dlaczego w Brazylii piszą SLAWOMIR? Dowiedzieliśmy się, że pani potrzebuje kserokopii dokumentów jachtu. Żaden problem, proszę je skserować, poczekamy. Nie, to wy musicie zrobić kserokopie, tu nie ma kserokopiarki. Gdzie jest najbliższa? Nie wiem, może na policji. Wracamy na policję. Macie kserokopiarkę? Nie. Gdzie jest? Może gdzieś w centrum, musicie tam zapytać. Robert dla pewności pyta raz jeszcze, czy mamy kserować coś jeszcze oprócz dokumentów jachtu. Policja potwierdza, tylko dokumenty jachtu, po czym dostajecie wizę i możecie wracać na jacht.
Zdegustowani udajemy się na poszukiwanie kserokopiarki. Nie trzeba daleko szukać – po przejściu może 2 km w kierunku centrum znajdujemy biuro ubezpieczeniowe. Młoda ładna i sympatyczna pani równie sympatycznie odmawia nam skserowania dokumentów. Dlaczego? Nie, bo nie, nie może i już. Dobrze, dziękujemy, ciao, szukamy dalej. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie. Wreszcie, w sklepie zabawkowym – tak - zabawkowym na końcu miasta dokumenty zostały skserowane. Szczęśliwi wracamy do pani, której już dawno nie ma, przecież godzina 13.00 minęła i biuro zamknięte. Dobrze, chwileczka relaksu przy morsach i wracamy na policję, gdzie – UWAGA – Robert dowiedział się, że dokumenty jachtu mamy wsunąć pod drzwi Biura Emigracyjnego, a policja potrzebuje kserokopii paszportów. Jak to paszportów, przecież pytaliśmy dwa razy, mówiliście, że nie trzeba nic poza dokumentami jachtu. No tak, ale zapomnieliśmy. Wychodzimy z policji. Robert przypomniał sobie, że kserokopiarka powinna być w biurze kapitanatu portu, które mieści się jeszcze gdzie indziej. Nie pomylił się. Prosi panią w biurze o zrobienie kserokopii. Nic z tego. Nie zrobię i już , kserokopiarka jest w mieście. Dlaczego? Nie, bo nie. Ja ci zapłacę 5 dolarów za te 3 kartki. Nie, bo nie, ale pamiętajcie jutro przyjść zapłacić, za postój, bo nie dostaniecie wizy. Dlaczego jutro? Jak to dlaczego, bo zaraz zamykamy. Możemy dzisiaj? Możecie, ale tylko kartą, gotówki nie przyjmujemy. Idziemy na jacht po kartę.
Tego już było za wiele, Robert jest zdenerwowany, nigdy nie widziałam go w takim stanie, choć przygody mieliśmy różne. Przeklina po hiszpańsku i po angielsku w straszliwy sposób. Wturuję mu po portugalsku , Sławek po angielsku. Wracamy na jacht. Opowiadamy Markowi i Przemowi o naszych przygodach. Płacimy za postój, z kwitem udajemy się na policję, paszporty doniesiemy wieczorem. Kolejne problemy z podłączeniem się do prądu –trzeba kupić lokalną wtyczkę – w biurze sami nie wiedzą która jest właściwa, biedny Robert kursuje kilkakrotnie na trasie jacht – biuro. Wreszcie - mamy prąd . Marek zaprasza całą załogę na obiad do luksusowej restauracji Soho, której szukaliśmy dosyć długo – przecież po godzinie 18.00 wszystko jest już zamknięte. Po dziewięciu dniach w morzu obiad smakuje wybornie. Demokratycznie zdecydowaliśmy, że dwójka najmłodszych – ja i Sławek biegnie do miasta kserować paszporty. Po półtorej godziny paszporty znalazły się na policji, pieczątki w paszportach, jak cudownie. Musimy zostać na noc. Dlaczego? Dlatego, że żeby wyjść z portu, a móc wejść do następnego, potrzebujemy pieczątki z kapitanatu, że opuściliśmy port. Pieczątki nie dostaniemy, ponieważ biuro już zamknięte. Nie ma sprawy, przyjdziemy jutro.
Następnego dnia z samego rana, o 8.00, gdy kapitanat powinien być otwarty, stawiamy się przy drzwiach. Zamknięte? Jakim cudem??? Zaraz, zaraz,wczoraj nie było tu żadnej karteczki. Dnia 17.09.2011 biuro nieczynne. Historię z tankowaniem paliwa pominę, by nie zanudzać, wyglądała dokładnie tak samo. W Punta del Este nie widzieliśmy nic, zwiedziliśmy za to wszystkie możliwe urzędy .
17 października - po długim oceanicznym przelocie Polonus zawinął do mariny w Punta del Este.
09 października - idą na SW i mają się dobrze :-)
08 października - od Sławka przyszedł mail o treści:
"Jesteśmy w Rio od wczoraj. Wypływamy za chwilę i generalnie długim przelotem spróbujemy nadrobić opóźnienie. Prawie wszyscy wjechaliśmy na Corcovado, zwiedziliśmy Copacabanę i Ipanemę.
Stoimy w Botafogo w Iate Clube Rio de Janeiro."
Teraz, tak jak widać na tracku ze SPOT'a idą na południowy-zachód a my... czekamy na kolejne info :-)
06 października - tuż przed południem czasu lokalnego Polonus stanął na boi w marinie w Rio. Szczególy widać na tracku ze SPOT'a jednego z załogantów: http://share.findmespot.com/shared/faces/viewspots.jsp?glId=0kRbeQTb475FP6sjxWPl7Ph6LGs3epQpX
02 października - kpt. Sławek Kulczak wraz z załogą przejął jacht w Vitorii. Idą w kierunku Rio de Janeiro.
Etap VI
27 września - Polonus zacumował w Vitorii.
26 września - Na jachcie wszystko OK z wyjątkiem sprzyjającego wiatru. Wczoraj w nocy dostali 35 kn "w ryja" i się mozolnie halsowali. Teraz wiatr zelżał i zaczyna odkręcać na E, więc humor na burcie się poprawił. Jutro zapewne dostaniemy informacje, że Polonus zacumował w Vitoria.
ps. Na moje pozdrowienia i buziaki dla Przema, Mariusz odpisał, żebym sam sobie buziakował bosmana, bo Przemek chodzi nieogolony i on (w sensie, że Mariusz) się brzydzi.
Na Boga! Jak można na oceanie chodzić nie ogolonym?! Przemku, popraw się, a tymczasem niestety dostajesz naganę do akt :-)))))
11 września - Mariusz powinien otrzymać tytuł "Mistrza lapidarności" :-) W nadesłanym SMS'ie oprócz pozycji (widocznej na mapce wyżej) był jeszcze tylko kurs: 195.
9 wrzesnia - "Stoimy na Noronha. Rano naprawiliśmy fał. Teraz zwiedzamy wyspę w okolicach portu. Właśnie zjedliśmy obiad i pójdziemy na plażę. Na jutro zarezerwowaliśmy buggy w wypożyczalni i objedziemy wyspę. Kotwicę podniesiemy jutro wieczorem i kurs na Salvador. Tydzień na oceanie."
8 września - Polonus po raz drugi w trakcie wyprawy rzucił kotwicę u brzegów Fernando de Noronha. Z burty przyszedł taki SMS: "Pewnie jutro wieczorem odejdziemy stąd. Za jedną noc i następny dzień płacimy ok. 570 reali, a za kolejny następny 400; 1 real=1,8 zł"
7 września - popychani SW 6B, z szybkością 5kn idą ku brzegom Fernando.
4 września - załoga Mariusza Główki przejęła jacht. Mają chitry plan :-) i zamiast na południe, pójdą na północ :-)
Od Mariusza dostałem krótkie info:
"Natal jest miastem ok półtoramilionowym, ale z wygladu przypomina nasze miasteczko powiatowe. Zabudowa raczej nizbyt bogata, przynajmniej tam gdzie bylismy. Mielismy przy okazji przygodę, bo Marzenie gość chciał zerwać z ramienia aparat fotograficzny. Na szczęscie była z naszą obstawą i aparat został odzyskany.
Wychodzimy dziś przed niską wodą, która jest o g. 18 czasu lokalnego. Jesteśmy już odmeldowani na policji i bierzemy kurs na Fernando de Noronha. To ok. 200 mil, wiec jakeis 2 doby w morzu. Na Fernando postoimy dwie noce i pójdziemy do Salvador. To ok 700 mil. Tym odcinkiem zaatwiamy ja i Marek (I oficer) staz do YMO. Juz po drodze na Fernando poćwiczymy sekstant i wyznaczanie pozycji z astro, tak, żeby w drodze do Salvador było juz wszystko wiadomo.
Po Salvador pójdziemy powoli na południe w kierunku Rio. Mamy kilka wariantów jeden z nich przewiduje nawet minięcie Rio i dojscie do Ilha de Grande, ale osobiście watpię czy to ma szanse udać się. Tak czy inaczej 2 października kończymy na Copa Cabanie :-) "
Etap V
3 września - zacumowany w Iate Clube do Natal jacht jest już sklarowany, zabunkrowany i generalnie gotowy do dalszej drogi. Gabi z załogą oddają się słodkiemu lenistwu, pozują przed (właśnie się okazało - niedziałającą) kamerką internetową pokazując opaleniznę i mięśnie i... jest cudownie :-)
Czekamy na przylot Mariusza Główki i rozpoczęcie kolejnego etapu.
29 sierpnia - Już około 0900 (UTC+2) zaoczono a punktualnie o g.1100 rzucono kotwice o brzegów rajskiej wyspy F. de Noronha. Spragniona lądu załoga napawa się stabilnym gruntem :-)
Gabi planuje dwudniowy postój - maja zamiar nurkować, kompać się z zółwiami i generalnie byczyć się! :-)
28 sierpnia - Wbrew zapowiedziom Jarek zadzwonił zanim dotarli na Fernando de Noronha. Przyjemne SE 3 przniosło Polonusa przez równik. Na burcie odbyła się impreza - chrzest równikowy. Podobno było ciężko :-))))
26 sierpnia - nareszcie dobrze wieje. Polonus z szybkością 6-7 kn. trawersuje skały św. Piotra i Pawła. Następny kontakt Gabi zapowiedział dopiero z Fernando de Noronha.
25 sierpnia - jeszcze 170 Nm do Arquipélago de São Pedro e São Paul, grupy skalistych wysepek na których rozbiło się wiele żaglowców (w tym sławny ‘Saint Peter’ - flagowy ststek armady kpt. de Noronha) leżących na pozycji 0°56’N, 29°21’W czyli około 540 Nm (1000 km) od amerykańskiego wybrzeża.
Archipelag św. Piotra i św. Pawła odwiedził Śmiały w roku 1965.
24 sierpnia - Idą kursem 240 z prędkością ca. 5,5kn. Jeszcze troszkę i powinni w końcu dotrzeć do strefy silniejszych i bardziej wschodnich wiatrów.
Gabi obawia się, że w związku z opóźnieniem spowodowanym brakiem wiatru nie będą mieli czasu na nurkowanie, na wyspie Fernando de Noronha :-( Poza tym wszystko na burcie OK.
22 sierpnia - załoga Polonusa podziwia jachty uczestniczące w okołoziemskich regatach The Clipper 2011-12. Kilka kabli po zawietrznej przeszedł żaglowy bolid formuły I, prowadzony przez światowej sławy skippera Olly Osborne'a s/y Visit Finland.
Polonus ostro walczył o miejsce, ale Gabi nie chciał robi Ollemu przykrości, zwolnił i puścił regatowców przed sobą :-) Wiadomo - kto się ściga, ten wyrzyga :-)
20 sierpnia - wszyscy na burcie zdrowi i pomimo nietypowego zachowania się trade winds (latoś passat wieje z zachodu:-) w całkiem, całkiem dobrych humorach. Jutro najprawdopodobniej trafią juz w strefę mniej upierdliwego wmordewindu :-)
18 sierpnia - Gabi donosi telefonicznie :-) "Ach te końskie szerokości! :-) Musimy się podpierać silnikiem, bo z wiatrem krucho a do passatów zostało jeszcze kilka ładnych mil. Czekając na lepszy wiatr zaprzyjaźniamy się z ogromnym stadem delfinów, które od dwóch dób towarzyszy nam non stop. Oceaniczna nuda wcale nie oznacza marazmu - dzielna załoga łapie ryby, ceruje skarpetki (tak, mnie to też zdziwiło :-), gotuje pięć posiłków dziennie i generalnie dobrze się bawi :-) Ameryki jeszcze nie widać na widnokręgu :-))) "
16 sierpnia - Troszeczkę słaby wiatr, ale nadrabiamy to humorem. Ocean jest cudowny!!!
14 sierpnia - Stoimy w Porto de Vale de Cavaleiros na wyspie Fogo w archipelagu Wysp Zielonego Przyladka nad nami wulkan 2800 z groszem, ostatnio dal do pieca, w 95tym. Nasz nowy kuk Arek piecze znakomite chlebki. Obecnie na jachcie jest ekipa nurkowa, my jedynie widzielismy delfiny, latajace ryby i rekina. Wieczorem start do Brazylii. Pozdrowienia dla wsjech.
10 sierpnia - ekipa Jarka Gabryelskiego przejęła jacht. Planują wyjść z Sol w nocy z piątku na sobotę.
UWAGA! Żony, matki, kochanki i inni bliscy martwiący się o dzielnych zuchów z załogi Polonusa.
Gabi zawsze na koniec rozmowy prosi, żebym napisał na stronie, że wszyscy są zdrowi, radośni, dużo jedzą, nie przeklinają i generalnie są very, very happy. Nie będę się wygłupiał i codziennie na publicznej stronie opisywał doskonałego stanu zdrowia chłopaków, bo...
a) okres inkubacji wszelkiej maści franc już minął i skoro chłopcy nic cierpią, to znaczy, że na lądzie nic nie złapali;
b) bakretie nie latają a jeśli jakiejś się uda pofrunąć, to ma zasięg znacznie mniejszy niż TU-154 i nawet gdyby się chcieli rozchorować, co by sobie załatwić południowoamerykańskie L-4, to i tak nie mają szans;
c) piraci to nie w tym rejonie.
Reasumując powyższe i dodając do tego wszystkiego fakt, że na oceanie jest nieskończenie bardziej bezpieczniej niż w Poznaniu, Szczecinie tudzież innych Kielcach informuję Was, P.T. Bliscy Załogi, że chłopaki byli, są i będa zdrowi, bezpieczni i weseli :-)
Etap IV
16 lipca - Dotarlismy do Funchal. Troszke nas wytrzaslo - baksztag, ale 6 do 8. Sternik niezle musial sie nasilowac z kolem. Jest okazja do swietowania.
17 lipca - Wyszlismy z Funchal. Kurs na Kanary.
19 lipca - Dotarlismy do Santa Cruz de La Palma
22 lipca - W Santa Cruz de la Palma staliśmy o jeden dzień dłużej niż wstępnie planowaliśmy. Za głowkami kotłowało się 9B. Obecnie jesteśmy w San Sebastian na Gomerze.
24 lipca - Na Gomerze załoga odbyła pieszą wycieczkę po spowitym mgłą Parku Narodowym Garajonay oglądając las wawrzynowo-cedrowy, taki jaki w trzeciorzędzie pokrywał niemal całą Europę.
Podczas przeciągającej się kolacji postanowiliśmy przedłużyć pobyt w uroczym San Sebastian o kolejny dzień :-) Nigdzie przecież nam się nie spieszy!
W tej chwili dotarliśmy do Santa Cruz de Teneryfa, gdzie przed skokiem do Cabo Verde nastąpi częściowa wymiana załogi.
Do załogi dołączyła (jak na razie) najmłodsza uczestniczka rejsu - pietnastoletnia Ela. Mając na uwadze to, że SMS'y są "podstawowym kanałem komunikacji" wśród młodzierzy, możemy się spodziewać, że teraz informacje z burty Polonusa będą spływać regularnie i będą bardziej obszerne. Oby!!! :-))))
26 lipca - O 0630, po zatankowaniu paliwa w porcie rybackim wyszlismy z Santa Cruz de Tenerifa i skierowalismy dziob jachtu w kierunku Gran Canari, do portu De Mogan. Aktualnie mamy go w zasiegu wzroku. Pogoda wspaniała, wiatr 5B, zero zachmurzenia.
To mój pierwszy rejs w tym roku, ciekawe czy widoczne przed dziobem fale spowodują, że oddam Neptunowi daninę? :-)
3 sierpnia - Po 7 dobach, 3 godzinach i 45 minutach kpt. Piotr Molenda wyrzekł sakramentalne "tak stoimy!" i dzielna załoga Polonusa zeszła na ląd w marinie Porto Grande, w Mindelo na wyspie St. Vicente - jednej z Wysp Zielonego Przylądka.
O ile wczesniej - w Lizbonie, tudzież na Kanarach - stając w marinach pełnych śródziemnomorskich wydmuszek, Polonus wyglądał troszkę jak ubogi krewny, o tyle na Cape Verde, kanciaty, stalowy, mocny kadłub Naszego Jachtu jest w swojej klasie. Wszystkie przygotowujące się do przeskoku przez Atlantyk jachty mają cechę wspólną - widać, że są dzielne!
Długa droga z Kanarów na Cape Verde przebiegła bardzo przyjemnie. Równe baksztagowe 7B, to idealne warunki do żeglugi na jachtach typu Bruceo. Teraz załoga klaruje jacht, bierze prysznic, Przemek postanowił się ogolić i... idą szukać czegoś do picia bo im sie na oceanie wszystko pokończyło :-)))))
7 sierpnia - Jesteśmy w San Nicolaus w porcie Taraffal . Byliśmy dzisiaj na wycieczce w Parku Narodowym , który zachwycił nas swoją zielonościa. Potem pojechalismy do stolicy.
Teraz jesteśmy na jachcie i za chwilę wypływamy na Sal . Ela.
Skręcajacy z NE na E - wczesniej niż prognozy zapowiadały - wiatr wiejący z szybkością 35 kn. troszeczkę urozmaicił ostatni odcinek czwartego etapu :-) Osiemdziesiąt kilka mil halsowali się ponad 36 godzin. Dobrze im tak, niech sobie nie myślą, że cały czas będą mieli baksztag :-)))))
9 sierpnia - Zadzwonił Piotr z informacją, że wypoczęci, zdrowi i radośni dotarli do uroczego porciku Palmeira na wyspie Sal a tym samym zrealizowali w ponad stu procentach plany związane z etapem Lisbona - Capo Verde.
Sprzątają, czyszczą i myją jacht przed przekazaniem go następnej załodze. Biedną malutką Elę wsadzają do róznych dziur (bo tylko Ela się mieści w tych zakamarkach) i zmuszają do ciężkiej, niewolniczej wręcz pracy :-)))) Poza tym zatankowali już wodę i diesla i jak tylko Ela skończy ida na kapitańską kolację!
Etap III
28 czerwca - Trzeci etap rozpoczęty. Od Zbyszka "Zgrzyba" Przybyszewskiego przyszedł taki SMS:
"3 etap rozpoczety intensywnym zwiedzaniem ciekawych miejsc w poblizu Lorient. Niedziela - rzeka Etel, wczoraj wyspa Belle Ile. Stoimy w awanporcie w tratwie na bojce , obok francuska Delphia 47. Przed nami potezny Bastion. Po poludniu odplywamy na druga strone zatoki Biskajskiej o ile wiatry pozwola. Z innych atrkcji - intensywne bratanie sie z lokalesami przy degustacji win francuskich do 4 rano." :-)
1 lipca - kolejny SMS z pokładu Polonusa zacumowanego w Ria de Vivero:
"Dzis o 0240 po przejsciu Zat. Biskajskiej weszlismy do portu Ria de Vivero. Przed 0500 zaloga zakonczyla impreze za cudowne ocalenie i udala sie na zasluzony odpoczynek. Po drodze byly delfiny, fale jak stodola, zaloga dzielna i wspaniala, rzygala dalej niz widziala."
2 lipca - po kolejnej dobie informacja z La Coruna:
"Po nocnych zmaganiach ze zmiennymi wiatrami, gdy raz płynęliśmy 8 kn, a za chwilę 1,5, dotarliśmy do La Coruny. Jest dobrze a nawet lepiej, bo zjedliśmy solidna porcję muli.
Gdyby muszelki były strawne to danie byłoby sycące, a tak, to jedynie mamy smaka :-)"
5 lipca - Zgrzyb donosi
Teraz jesteśmy w Camarinias w Club Nautico. Przypłynęliśmy o 0130, po czym zgodnie z tradycją do 0400 świętowaliśmy cudowne ocalenie :-).
Na dziś prognozy o wiatrach zmiennych. Wieczorem wyjdziemy w kierunku Vigo.
Z wcześniejszych miejsc bardzo polecam wyspę Belle Ile, klimatyczny port, fajna atmosfera wśród żeglarzy na bojkach. Brataliśmy się intensywnie.
Również polecam wejście do rzeki Etel. Lekki dreszczyk emocji był , kiedy wskażnik echosondy pokazał głębokość 0,1 metra ( są swiadkowie naoczni), ale prześzliśmy z dużym luzem.
Nasz specjalista, gastrożeglarz w knajpie w Etel nauczał Francuzów jakie wina maja stosować do odpowiednich potraw, słuchali bardzo uważnie i z dużym zainteresowaniem, bo lokalesi dotychczas spożywali głównie dobre tanie wina, bo tanie wino jest dobre i tanie.:-)
8 lipca - Jesteśmy od rana w marinie Leixoes na przedmieściach Porto. Cały dzień zwiedzania miasta, a do tego degustacja licznych gatunków wina Porto.
10 lipca - Jestesmy w Lizbonie, tradycyjnie cudownie ocaleni. Swietujemy do jutra. Pozdrawiamy.
Etap II
24 czerwca - Polonus zacumował we francuskim Lorient - ostatnim porcie etapu II.
19 czerwca, g. 1920 - witaj Francjo! Polonus zacumował w Cherbourgu. Po sklarowaniu jachtu, załoga udała się na wino, żabie udka i ślimaki. Błeee :-)
17 czerwca - po południu Polonus zacumował w marinie w Portsmouth. Wszyscy i wszystko - OK.
Etap I
Zgodnie z planem, w sobotę 28 maja 2011 o g. 1100 jacht Polonus zacumował przy Wałach Chrobrego w Szczecinie - rozpoczęła się uroczystość pożegnania.
Było radio, telewizja, gazety i oczywiście nasi znajomii i przyjaciele. Wszyscy życzyli nam powodzenia - DZIĘKUJEMY!
O g. 1200 oddaliśmy cumy i rozpoczęła się wyprawa. Przez Trzebierz i Świnoujście, gdzie nb. zostawiliśmy w depozycie u Marka Słabego butelkę wódki, którą planujemy wypić po szczęśliwym powrocie jachtu do kraju, wyszliśmy w morze.
W trakcie pierwszego etapu odwiedziliśmy następujące porty: Świnoujście, Ronne, Brunsbuttel, Helgoland, West Terschelling, Den Helder oraz Hoorn.
Ze Świnkowa hipercugiem podążaliśmy w kierunku wejścia do kanału kilońskiego. Króciutki odpoczynek w Holtenau i... upalny, bezwietrzny dzień pomiędzy brzegami przekopu. Okropnie się zjaraliśmy na słońcu a najbardziej poszukiwanym produktem na burcie stał się krem do opalania o faktorze <40.
Po wyjściu na morze Północne położyliśmy się na kurs do niegdysiejszego raju tanich bezcłowych alkoholi - Helgolandu.
Wychodząc z Helgolandu mieliśmy zapas czasu, prognozę bez zamurowań, żarcia i wody w bród, więc... ogłosiłem demokrację :-) Poprosiłem szanowną załogę statku sportowego o wymyślenie jakiegoś portu, który moglibyśmy po drodze odwiedzić.
Część załogi zaczęła intensywnie myśleć (a przynajmniej po ich bezmyślnym obliczu tak można było sądzić), część się zaczęła modlić, część udała się w objęcia Morfeusza, część zaczytywała się w Reedsie a pozostali mieli wszystko w du#$%e.
Wygrali ci, którzy język Szekspira mieli w głębokim poważaniu. Odkryli mianowicie, że w Reedsie są gwiazdki określające trudność podejścia i (inne gwiazdki) pokazujące jaki będziemy mieli fun gdy szczęśliwie zacumujemy.
Padło tak jak radził Jasiek Nedoma na West Terschelling. Jechaliśmy po palikach, uważaliśmy jak bobry w sklepie z kosiarkami do trawy aż tu nagle podjechał RIB, wysiadło z niego dwóch smutnych panów i całą uwagę, nawigację i banie się o wjechanie na miałkie scedowaliśmy na sternika - wraz z Piotrejm i Przemem zająłem się biurwokracją.
Smutne pany były miłe, ale trzepały nas chyba z godzinę. Papiery takie, siakie i owakie chciały a na koniec, gdy już zacumowaliśmy, jeden (ten smutniejszy) wyciągnął gruszkę do lewatywy i serce mi stanęło. Spytałem czy mój tyłek był poza Schengen i gdy miałem właśnie stracić przytomność :-) pan wsadził gruchę do... dziurki w jachcie i wyssał paliwo. Na szczęście nie okazał się zachłannym pastuchem i nie wyssał wszystkiego. Popatrzył czy aby nie czerwone (to jakiś sympatyk PISu chyba był, że taki antykomuch:), uścisnął prawicę i sobie poszedł.
Aha, dały pany nam numer telefonu do innych, ważniejszych panów i powiedziały, że jak nie zadzwonimy do nich przed opuszczeniem kraju skuna i trawki, to mamy w RYA.
Terschelling warto odwiedzić, ale nie warto tam stać zbyt długo. Na następny dzień wyszliśmy (trochę na skróty) w kierunku Den Helder. Miejsce w którym Zbieraj z Jaworskim leżeli na Spanielu minęliśmy już o zmroku. Walnęliśmy po browarku ku chwale tych co ujemne wartości mają pod kilem i po jakimś czasie zacumowaliśmy w Den Helder.
Zacumowaliśmy w tej marinie zaraz przy wejściu. Plan był taki, że do miasta nie idziemy (bo i po co?) a jedynie wybierzemy się na wycieczkę do muzeum morskiego. Tak zrobiliśmy i po południu wyszliśmy w kierunku śluzy Den Oever i tam przenocowaliśmy - zadupie straszne, brak czynnej knajpy, sklepu, czegokolwiek.
W śluzie kolejne dwa smutne pany chciały się wpakować na burtę, ale przekonaliśmy ich, że już jesteśmy dogłębnie zbadani, mamy numer do innych, ważnych smutnych panów i generalnie niech się w końcu od nas odwalą, co uczynili.
Rano w dobrych humorach wyszliśmy w kierunku Amsterdamu. Kolega z http://forum.zegluj.net namówił mnie na miasteczko Hoorn. Planowaliśmy tam wejść tylko po to, żeby pstryknąć fotkę pod napisem z nazwą miasta, ale okazało się, że miasteczko jest prześliczne - żywcem przeniesione z XV wieku i ma wiele dobrych chińskich restauracji :-) Zostaliśmy do rana.
Z Hoornu do Amsterdamu tylko rzut beretem. Most zwodzony akurat otworzył się nam przed dziobem a na śluzie Oranjesluizen czekaliśmy może z 5 min.
SexHeven było nabite na maksa, ale udało się wyprosić jedno miejsce :-) Gdy się udało tam wepchnąć, to... dowiedzieliśmy się, że o bunkrowaniu w marinie możemy zapomnieć i... musieliśmy wyjść poszukać diesla. Wychodząc spotkaliśmy wchodzących Niemców, chyba nie zmieścili się w nasze miejsce, bo po powrocie było puste :-)
Paliwko wzieliśmy na pływającej stacji Esso, 2 mile na E od mariny - to jest chyba jedyne rozsądne miejsce do tankowania tamże.
